BAJKA O MGLE
Pewnego jesiennego poranka dzieci w małym miasteczku obudziły się i podbiegły do okien, jak zawsze. Ale tym razem… nie zobaczyły niczego. Za szybą nie było ani drzew, ani domów sąsiadów, ani nawet ulicy. Wszystko zniknęło w gęstej, białej mgle, tak gęstej, jakby ktoś otulił cały świat wielkim miękkim kocem.

– Mamo, gdzie jest świat? – zapytała zdziwiona Zosia.
Mama spojrzała przez okno i uśmiechnęła się spokojnie:
– Jest tam – uśmiechnęła się mama. – Tylko Mgła zrobiła nam dzisiaj odwiedziny.
– Dlaczego? – zapytała Zosia, mrużąc oczy.
Mgła odezwała się cichutko:
– To ja… przyszłam bardzo wcześnie, zanim słońce obudziło się na dobre. Widzisz, w powietrzu zawsze jest para wodna, takie malutkie, niewidzialne kropelki. A gdy nocą robi się zimno, te kropelki zamieniają się w drobniusieńkie, prawdziwe krople!
Mgła zaszeleściła miękko jak kołdra:
– A kiedy kropelki są bardzo malutkie, tak malutkie, że nie spadają jak deszcz, tylko unoszą się w powietrzu, wtedy… staję się ja.
– Czyli jesteś taką chmurką, która zeszła na ziemię? – zapytała Zosia.
– Dokładnie tak – zaśmiała się Mgła. – Przyszłam otulić świat po chłodnej nocy, żeby odpoczął i wyciszył się.
A wtedy obudziło się Słońce.
Powoli wspięło się nad dachy domów, przeciągnęło promienie i ziewnęło:
– Ojej, tu jest bardzo miękko dzisiaj!
Mgło, mój puchaty przyjacielu, długo tu będziesz?
Mgła westchnęła miękko:
– Tylko chwilkę. Bo gdy powietrze zaczyna się ogrzewać, moje maleńkie kropelki znowu stają się niewidzialną parą. I wtedy powoli rozpływam się w powietrzu.

Słońce posłało jej kilka ciepłych promieni. Nie mocnych. Nie spieszących się. Takich, które ogrzewają delikatnie.
Mgła zaczęła unosić się wyżej… i wyżej… i wyżej… aż świat znów się pojawił.
Najpierw kontury drzew. Potem dachy domów. Potem ulica. I wreszcie — cała okolica.
Zosia otworzyła szeroko oczy:
– Mgło! Nie znikaj!
– Nie znikam, Zosiu – odpowiedziała cichutko Mgła. – Po prostu wracam do nieba. Będę tu znowu, kiedy noc zrobi się chłodna, a powietrze wilgotne i spokojne. A teraz bawcie się w słońcu.
Słońce zaświeciło trochę mocniej, jakby się uśmiechnęło.
Zosia wybiegła na podwórko.
Powietrze było świeże, pachnące i lekkie — jak nowa kartka dnia.


