O PROMYKU I KRÓLOWEJ KOLORÓW
Dawno, dawno temu, wysoko nad chmurami, w miejscu, gdzie kończy się dzień, a zaczyna noc, mieszkał mały Promyk Światła. Był szybki, wesoły i zawsze w ruchu. Latał po niebie, odbijał się od liści, szyb i kropelek rosy. Uwielbiał bawić się z wiatrem, ale pewnego dnia coś go zmartwiło.
– Dlaczego wszyscy na dole mają kolory, a ja jestem tylko… biały? – westchnął.
Popatrzył w dół i zobaczył łąkę – zieloną, jakby ktoś pomalował ją szczęściem. Kwiaty mieniły się czerwienią, błękitem i złotem. Motyle miały skrzydła jak małe dzieła sztuki.
A on? … On był przezroczysty i blady jak mgła.
Promyk postanowił dowiedzieć się prawdy. Zebrał odwagę i ruszył w podróż do Królowej Kolorów, która mieszkała w tęczy — na granicy deszczu i słońca do zamku tęczy.
Tęcza była ogromnym pałacem zbudowanym z siedmiu świetlistych łuków. Każdy z nich drżał od barw — czerwony błyszczał jak rubin, pomarańczowy jak zachód słońca, żółty jak miód, zielony jak liście, niebieski jak niebo po deszczu, indygo jak wieczorne morze, a fioletowy jak najgłębszy sen.
Na szczycie siedziała Królowa Kolorów, cała zrobiona ze światła. Jej szaty mieniły się każdym odcieniem, jaki można było sobie wyobrazić. Kiedy spojrzała na Promyka, jej twarz rozjaśnił uśmiech.

– Ach, mały wędrowcze! – powiedziała ciepło. – W końcu przyszedłeś. Czekałam na ciebie.
– Na mnie? – zdziwił się Promyk. – Ale ja… ja nie mam koloru. Jestem tylko biały.
Królowa roześmiała się cicho, a jej głos brzmiał jak szmer deszczu.
– Och, moje dziecko! Ty nie jesteś „tylko biały”. Ty jesteś wszystkimi kolorami naraz!
Promyk zamrugał zaskoczony.
– Wszystkimi? Ale jak to możliwe? Przecież biały to… nic ciekawego.
– Biały – powiedziała Królowa – to pełnia światła. W twoim wnętrzu ukryte są wszystkie barwy świata. Tylko musisz pozwolić im wyjść na zewnątrz.
Królowa wyciągnęła z rękawa maleńki kryształowy trójkąt — pryzmat.
– Spójrz przez to magiczne lustro – szepnęła.
Promyk zajrzał i… aż oniemiał. Kiedy przeszedł przez szkło, rozpadł się na siedem strumieni światła! Każdy z nich miał inny kolor, własny głos i charakter.

Czerwony był dumny i silny jak ogień.
Pomarańczowy – wesoły jak zachód słońca.
Żółty – jasny i ciepły jak śmiech.
Zielony – spokojny jak trawa po deszczu.
Niebieski – delikatny i marzycielski jak niebo.
Indygo – głęboki jak ocean.
A fioletowy – tajemniczy jak noc.
Promyk zrozumiał, że każdy kolor to inna część jego duszy.
– Więc ja… jestem tęczą? – zapytał nieśmiało.
– Tak – odparła Królowa. – Ty i twoi bracia, wszystkie promienie światła, razem tworzycie cud świata. Ale same kolory nic by nie znaczyły, gdyby nie miały z kim tańczyć.
Królowa dotknęła dłonią ziemi i powiedziała:
– Spójrz teraz, jak rodzą się kolory.

Promyk poleciał z powrotem na dół, tam gdzie rosły kwiaty i trawy.
Kiedy jego czerwony brat dotknął róży – ta rozbłysła czerwienią.
Żółty odbił się od słonecznika i wypełnił go blaskiem.
Niebieski zatańczył na skrzydłach ważki.
Zielony położył się na liściach drzew.
A fioletowy zasnął w cieniu lawendy.
Każdy kolor znalazł swoje miejsce, a Promyk zrozumiał, że to światło i materia razem tworzą to, co widzimy jako kolor.
To właśnie dlatego jabłko jest czerwone, a niebo błękitne – bo światło odbija się od rzeczy tylko w pewien sposób, a inne barwy zostawia dla siebie.
Wieczorem Promyk wrócił do nieba. Był już inny – spokojniejszy, mądrzejszy. Wiedział, że nawet jeśli sam wygląda biało, to w jego wnętrzu mieszkają wszystkie kolory świata.
Zamknął oczy i rozbłysnął mocniej niż kiedykolwiek.
Na horyzoncie rozciągnęła się tęcza — jak uśmiech Królowej Kolorów, przypomnienie, że każdy promyk światła ma w sobie coś wyjątkowego, tylko czasem trzeba przez coś przejść, żeby to odkryć.

